Skontaktuj się znami

Jeżeli masz jakiekolwiek pytania - po prostu pisz: noninclusive.blogspot@gmail.com

wtorek, 18 lutego 2014

Bangkok - cd.

Pierwszego dnia po przebudzeniu, a spaliśmy może pięć godzin, bo szkoda czasu, ruszyliśmy na podbój Bangkoku. Wpadliśmy (pod wpływem przewodników i internetu) w jakiś niesamowity amok zakupowy. 
Postanowiliśmy pojechać na największy bazar w Bangkoku - Chatuchak weekend market. Zanim jednak było nam dane pojechać na bazar zostaliśmy zgarnięci przez pana prowadzącego jedyną oficjalną na Khao San Road agencję turystyczną. Agencja mieści się w znajdującym się na samym początku ulicy posterunku Policji. Przynajmniej tak się ten obiekt nazywa. Wiedząc, że facet jest najpewniej oszustem i tak poszliśmy jak po sznurku. Być może przekonało nas, ze wyglądał jak typowy filmowy chiński gangster. Pan powiedział nam, że w pobliskiej świątyni jest dziś festiwal, gdzie zwiezie nas oficjalny tuk-tuk. Według pana oficjalne tuk-tuki mają białe tablice, inne to oszuści. Potem tuk-tuk zawiezie na do oddziału, gdzie dopełnimy formalności i to za fair price - 50 THB. Cena była rzeczywiście niezła, bo kierowcy tuk-tuków wszędzie chcieli od nas po 100 THB za przejechanie 5 m, a za trochę dłuższy odcinek min. 200 THB. Na marginesie - ile by to nie kosztowało tuk-tukiem absolutnie trzeba się przejechać. Za pierwszym razem mieliśmy śmierć w oczach, później już było mniej strasznie, ale nieodmienne bardzo fajnie.

A tak wygląda przejażdżka tuk-tukiem po Bangkoku.


Sama świątynia okazała się niczym ciekawym. Festiwalu oczywiście nie było.

Bangkok zwiedzanie
Wielki budda w świątyni
Modlący się ludzie
Po wizycie w świątyni pojechaliśmy do oficjalnej agencji turystycznej. Tam kolejny chiński gangster zaproponował nam organizację przejazdu na Koh Samui i kwaterę na miejscu. Kwatera w bungalowie z wiatrakiem miała cenę trzygwiazdkowego hotelu, a to dlatego, ze w maju jest low-season i dlatego, że jest mało turystów to ceny są wysokie :) Ze śmiechem wyszliśmy, powiedzieliśmy panu, że na Koh Samui pojedziemy pociągiem (taki był pierwotny plan) i tuk-tuk odwiózł nas na Khao-San Road. Tam po krótkim spacerku trafiliśmy do restauracji, w której dla odmiany po mdłym Pad-thai, wzięliśmy czerwone curry. Ja swoje skończyłem, Kasia nie dała rady.

Po drodze do restauracji
Typowe uliczne stoisko z jedzeniem
W oczekiwaniu na jedzenie Rafał snuje plany
Stan po spożyciu. Jedna cola nie starczyła
Najedzeni ruszyliśmy na bazar. Chatuchak market jest rzeczywiście olbrzymi. Jest podzielony na sekcje, w poruszaniu się po których pomaga mapa. Na bazarze można kupić badziewie wszelkiej maści, my kupiliśmy podobno jedwabne chusty. W sumie sami nie wiedzielibyśmy po co tam pojechaliśmy i dlaczego spędziliśmy tam tyle czasu gdyby nie sekcja z jedzeniem. Tam odkryliśmy, ze najlepsze jedzenie serwują na najbardziej syfiastych stoiskach, a dopełnieniem radości było mleko kokosowe spożywane z naturalnego naczynia, 

Ogólnie, jeżeli chodzi o jedzenie, to jest ono bardzo tanie, również jak mniemamy dla Tajów, ponieważ jedzą oni ze stoisk ulokowanych na każdym wolnym skrawku chodnika, siedząc na kawałku kartonu albo nawet na chodniku. Uliczne stoiska mają też to do siebie, że jeżeli zamawiacie coś, co trzeba zjeść siedząc, to nawet jeżeli wydaje się wam, że nie ma miejsc, to we fragmencie wolnej przestrzeni wyrośnie stolik z krzesłami. Klient nasz Pan.

W takich naczyniach pan serwował mleko kokosowe
Wyczerpani bazarem złapaliśmy taksówkę na Khao San Road, po drodze oglądając slumsy. Ogólnie mieliśmy wrażenie, że slumsy w Bangkoku są wszędzie i w najmniej oczekiwanych miejscach. Uderzyło nas, że pozbijane z blachy budki poprzylepiane są do przeszklonych nowoczesnych biurowców.

Luksusowe apartamenty nad kanałem.

Wieczorem pokręciliśmy się trochę Khao San Road, zaliczając wysokoproteinowy posiłek. 



Nie wiemy czy Tajowie faktycznie jedzą takie rzeczy, czy to tylko atrakcja turystyczna. Pieczone koniki polne smakują w każdym razie jak wyjątkowo słone frytki, tylko trochę fajniej chrupią. Takich stoisk widzieliśmy potem jeszcze kilka. Na niektórych serwowali ok. pięciocentymetrowe karaluchy. Na to już nawet Rafał się nie zdobył.

Później poszliśmy nad rzekę przepłynąć się wodnym tramwajem. Wodne tramwaje są co najmniej dwa. Jedne bardzo drogi i trochę bardziej na wypasie, dla turystów, oczywiście drogi. Drugi jest zwykłym środkiem transportu publicznego, mniej okazały, za to za grosze. Po drodze minęliśmy pałac królewski. Który mieliśmy zwiedzić nazajutrz. Popłynęliśmy tramwajem po drodze obfotografowując świątynię Wat Arun. Też mieliśmy ją w planach na następny dzień.

Pałac królewski nocą
Nocne widoki z tramwaju wodnego
Wat Arun

Po tym, jak wysiedliśmy z tramwaju wodnego, Rafał naciskał, żebyśmy pojechali na Patpong, czyli dzielnicę uciech, w której można obejrzeć słynne ping-pong show. Na miejscu poszliśmy za pierwszym naganiaczem, który nas zgarnął na "free show". Weszliśmy do lokalu, gdzie byliśmy jedynymi gośćmi. Nie zraziło nas to i postanowiliśmy zostać. Free show oznacza, że trzeba zakupić drinka (najtańszy 400 THB). Przeboleliśmy i rozsiedliśmy się wygodnie. Show wyglądało dość żałośnie, miało jednak niewątpliwy walor edukacyjny. Okazało się, że w trąbkę można dmuchnąć nie tylko ustami. Jedna z performerek napisała nam grubym mazakiem kartkę "Rafal and Kasia welcome to Thailand". Nie ręką. Później przyszła do nas żebrać o dodatkowe pieniądze za występ. Mieliśmy dość, do piłeczek ping-pongowych nie dotrwaliśmy. Wróciliśmy na Khao San Road, gdzie zakończyliśmy wieczór spożyciem.

Kapliczka w podejrzanym zaułku. Tego typu kapliczki można spotkać w najdziwniejszych miejscach
Ten mieszkaniec Bangkoku nie chciał się zaprzyjaźnić
Okazuje się, że kebaba można kupić wszędzie
Kolacja na Khao San Road złożona z lwów i słoni

Następnego dnia wstaliśmy dość późno. Stwierdziliśmy jednak, że pałac królewski trzeba zobaczyć i ruszyliśmy w jego kierunku. Musieliśmy wyglądać na zagubionych, bo podeszła do nas sympatyczna dziewczyna, powiedziała, że pracuje w restauracji tuż obok (faktycznie miała na sobie koszulkę z logo) i zapytała czego szukamy. Dowiedzieliśmy się od niej, że dziś jest święto narodowe i że jeżeli chcemy wyjechać jutro wieczorem z Bangkoku, to musimy sobie załatwić transport już dziś, w oficjalnej agencji turystycznej prowadzonej przez studentów, którzy przypadkiem są jej znajomymi. Zawołała nam oficjalnego tuk-tuka. Tym razem dowiedzieliśmy się, że oficjalne tuk-tuki są zielone, inne to oszuści. Tylko zmęczeniu i utrzymującemu się efektowi jet-lagu możemy przypisać, to że wsiedliśmy do tego tuk-tuka. Przejażdżka okazała się ciekawa. Za zniżkę na kurs (znów tylko 50 THB) odwiedziliśmy "fashion show", czyli zakład krawiecki, gdzie gość wyglądający na araba próbował wymusić na Rafale uszycie garnituru na miarę.

Po wizycie w tym uroczym przybytku dojechaliśmy do studenckiej agencji turystycznej. Tam dowiedzieliśmy się, że dziś akurat nastąpiła katastrofa kolejowa i jedynym wyjściem jest przejazd do Surat Thani (które jest miejscowością przesiadkową na prom na Koh Samui) jest autokar. Byliśmy już zmęczeni Bangkokiem i stwierdziliśmy, że nie chcemy w tym mieście spędzić ani dnia dłużej. W dodatku cena za autokar (luxury A/C bus) + prom była rozsądna (1000 THB za osobę), a na Koh Samui mieliśmy być o 8 rano, więc umówiliśmy się na 20.00, ktoś miał się zgłosić po nas do hotelu.

Resztę dnia, a zostało go niewiele, spędziliśmy na zakupach (tzn, Rafał zakupił sobie sprzęt do Muay-Thai -WARTO !). Potem przepłynęliśmy się tramwajem wodnym i wróciliśmy na Khao San Road,

Rzeka Chao Praya
Slumsy nad rzeką przyklejone do całkiem porządnie wyglądających budynków.
Widok z rzeki na biurową część Bangkoku
Mnisi czekający na tramwaj wodny

Późnym popołudniem wróciliśmy na Khao San Road. Wysiedliśmy z tuk-tuka na początku ulicy i zaciekawiła nas uliczka znajdująca się tuż obok niej. Okazało się, tuż obok najbardziej turystycznej ulicy w Bangkoku znajduje się będąca oazą spokoju wioska mnichów. Pokręciliśmy się tam chwilę i poszliśmy na drugą stronę "wioski". Okazało się, że jest tam ulica, która również jest turystyczna, ale nie tak hałaśliwa i znacznie bardziej klimatyczna niż Khao San Road. Spędziliśmy tam resztę popołudnia, korzystając również z masażu, który okazał się krótki i kiepski. Kolejne znak firmowy Tajlandii okazał się rozczarowaniem.

Mnich i wszechobecne w Tajlandii bezpańskie psy
Sympatyczna uliczna jadłodajnia i sympatyczna klyentka

Przed 20.00 byliśmy gotowi do wyjazdu. Oczywiście nikt się nie zjawił. Wkurzeni staliśmy pod hotelem, klnąc na oszustów, kiedy pojawił się dzieciak, który nas zgarnął i zaprowadził na placyk, na którym stał autokar. Okazało się, że jednak mieliśmy tego dnia opuścić Bangkok.


Podsumowując, Bangkok, jest to miastem pełnym skrajności. 
Z jednej strony wszędzie widać wszechobecną nędzę, domy sklecone z byle czego, ludzi śpiących na ulicach i masę bezpańskich psów. Z drugiej strony są tam szerokie, wielopasmowe ulice, nowoczesne przeszklone budynki, luksusowe samochody no i Skytrain, czyli niezwykle nowoczesne metro, jeżdżące na ok. 10 metrowych palach wśród budynków. Pod tym względem wiele europejskich miast wygląda przy Bangkoku jaki nędzne wioski.

Nas Bangkok strasznie zmęczył i zniechęcił. Być może dlatego, że nie byliśmy przygotowani na spotkanie z tym miastem.

Dlaczego dawaliśmy się nabierać na przekręty opisywane w każdym przewodniku ? Sami nie wiemy. Zwalamy to na zmęczenie i efekt jet-lagu. Może to Azjaci są takimi dobrymi oszustami ?
\

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz