Za tatuażami rozglądaliśmy się od przyjazdu do Tajlandii. W końcu stwierdziliśmy, że zrobimy je tuż przed odjazdem, bo przecież po zrobieniu tatuażu nie można się kąpać przez trzy dni. Studia tatuażu są wszędzie. Upatrzyliśmy sobie oboje wzór a'la Andżelina Dżoli (a co, trzeba mieć aspiracje) i rozglądaliśmy się po różnych miejścach. Ceny po targowaniu za dwie osoby kształtowały się międzu 4500 - 5000 THB. Tanio.
Przy okazji w któregoś z wypadów na Lamai Beach zaskoczyła nas ulewa (jedna z dwóch w trakcie całego pobytu). Uciekliśmy przed deszczem do naszej ulubionej knajpy z bilardem i kiedy deszcz się skończył i mieliśmy odjeżdżać odkryliśmy, że tuż obok jest studio tatuażu.
Tatuaż pijanemu, mocno emerytowanemu Australijczykowi, pijącemu w trakcie piwo, wykonywał sam Bob Marley. Australijczyk stwierdził, że to jest "Besstt Tattoist innn the worldd" i że zawsze jak tu jest tatuuje sobie u niego węża. Rzeczywiście miał ich sporo. No cóż, po takiej rekomendacji nie mogliśmy się nie zdecydować :) Po krótkich i niezbyt zajadłych z naszej strony negocjacjach stanęło na 3500 THB za dwie osoby (cena wystartowała od 4000 THB, niżej nie mieliśmy serca schodzić).
Pozostało tylko umówić się na termin, odbyć ostatnią kąpiel w oceanie i udać się zdobienie ciała.
| Fotka z mistrzem. W tle wisi jego portret :) |
Wiele osób pytało, czy się nie baliśmy. NIE. Warunki sanitarne (przynajmniej u Boba Marleya) są lepsze niż w Polsce. Tatuaże każde z nas miało robione świeżą igłą i świeżą maszynką. Do tego pełna dezynfekcja spirytusem i rękawiczki.
| No woman no cry |
| I shot the sheriff |
| Iron like a lion in Zion |
| Deszcz nie wszystkim przeszkadzał w kąpieli |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz