Skontaktuj się znami

Jeżeli masz jakiekolwiek pytania - po prostu pisz: noninclusive.blogspot@gmail.com

piątek, 21 lutego 2014

Koh Samui - Ang Thong Marine Park

Na wycieczkę do Ang Thong Marine Park trzeba było wstać rano. Ang Thong to park narodowy składający się z około 50 małych wysepek. Nasza wycieczka miała obejmować popłynięcie na największą z nich i tam wejście na punkt widokowy. Potem transport na kolejną wyspę i dopłynięcie kajakiem na kolejną. Później do wyboru snorkeling na rafie koralowej albo wejście na punkt widokowy, skąd można obejrzeć niedostępną z lądu blue lagoon, która leży w środku wyspy. Niewiele jak na cały dzień.

My zdecydowaliśmy się na jedną z tańszych wycieczek do Ang Thong (3200 THB za dwie osoby, koszt biletu do parku (200 THB) wliczony w cenę), co wiązało się z tym, że płynęliśmy z dużą grupą stateczkiem. Można też wykupić wycieczkę z mniejszą grupą albo wykupić prywatny rejs motorówką, ale to opcje zdecydowanie droższe. Innych możliwości dostanie się do parku nie ma. Podobno można też wykupić nocleg w bungalowie na największej wyspie.

Busik przyjechał po nas do hotelu ok. 7 rano. Podróż stateczkiem trawała ok. 40 minut. Było bardzo przyjemnie.
Ze stateczku na plażę, wyglądającą zresztą nieziemsko, z której mieliśmy rozpocząć wejście na punkt widokowy przewoziły nas mniejsze łodzie. Przewoźnicy na łódkach mieli w większości rastamańskie berety i nawet przypominali Boba Marleya. Tajowie ogólnie mają mają chyba jakiegoś fioła na punkcie Reagge i Boba Marleya, a może po prostu nam się to się strasznie rzucało w oczy.

Koh Samui, Tajlandia, Ang Thong Marine Park
Art foto :)

I am the king of the world !
Wysepki archipelagu Ang Thong
Rajska plaża, na której lądowaliśmy
Bob Marley na łódce
Piasek na plaży był tak niesamowicie biały i piękny, że Kasia po prostu musiała się w nim wytarzać
Wejście na punkt widokowy okazało się dosyć hardcoreowym wyczynem. "Ścieżka" prowadziła pod górę po skałach, przez dżunglę. Na szczęście pomyślano o białych turystach i wzdłuż ścieżki rozciągnięto liny ułatwiające wspinaczkę. Dobrze, że mieliśmy na sobie wygodne sandały, bo co niektórzy byli w japonkach albo nawet w szpilkach (!) i męczyli się okrutnie. Ogólnie było bardzo gorąco, a po wejściu do dżungli zrobiło się jeszcze goręcej i do tego strasznie parno. Wlekliśmy się z grupą na górę pocąc się przy tym jak świnie. Nasi tajscy przewodnicy biegali, naprawdę BIEGALI, w górę i w dół w samych japonkach, sprawdzając chyba czy nikt nie zasłabł. Uważamy się za osoby sprawne fizycznie, ale to co zobaczyliśmy w ich wykonaniu kazało nam przedefiniować to pojęcie. Po drodze na ostatni punkt widokowy, który jest ulokowany na samym szczycie góry, są 2 czy 3 punkty pośrednie. Kasia odpadła na jednym z nim, Rafał dotarł dzielnie na sam szczyt. Ostatni odcinek trzeba było pokonać po nagich, prawie pionowych skałkach, smażąc się w pełnym słońcu. Zastanawiałem się, czy mają tu wypadki śmiertelne. O tym jak naprawdę wygląda "short walk" na punkt widokowy nikt nie informuje przed rozpoczęciem podejścia. Patrząc na agonalny wyraz twarzy większości ludzi, to połowa z nich została by na dole, gdyby wiedzieli co ich czeka. I może o to chodziło? A może to takie tajskie poczucie humoru, żeby dość trudną i męczącą drogę pod górę określać jako "short walk to the top" :)?
Widok z góry zrekompensował wszystkie trudy. Jeżeli ktoś nie ma zacięcia, żeby się ostatecznie umordować, to widok z punktów pośrednich też jest bajkowy.
Z fauny widzieliśmy małpy, niestety nie udało się zrobić dobrego zdjęcia. Chyba były tresowane, bo siedziały tuż przy ścieżce i nie przejęte ludźmi coś tam sobie pożerały.

Plaża widziana z najniższego punktu widokowego

Tu widać jak było gorąco
Widok z przedostatniego punktu widokowego
Panoramka z samego szczytu
Tak właśnie wygląda podejście na ostatni punkt widokowy
"Ścieżka" na szczyt
Schodząc natknęliśmy się hasające małpy :)
Stan agonalny po zejściu ze szczytu
Po przechadzce dostaliśmy obiad, nic szczególnego. Jasnym punktem posiłku były małe banany, wyglądające jak wyciągnięte ze śmietnika. W życiu nie jedliśmy tak dobrych. Kiedy siedzieliśmy na pokładzie, podziwiając widoki, zaczepił nas jeden z Francuzów płynących z nami i zaoferował, że urządzi nam sesję zdjęciową. Pozowaliśmy aż miło, a on zachowywał się jak szalony fotograf z filmów :)

Kolejny widoczek
A tu już nasza sesja


Przyszła pora na kajaki. Przy wysiadaniu z łódki Rafał całym ciężarem stanął na wystający z dna patyk. Krwawił jak zarzynana świnia, ale na szczęście krwotok udało się opanować i mogliśmy wypłynąć, ale uraz był dość poważny i stopa dokuczała mu do końca wyjazdu. Także: pamiętać o założeniu obuwia przed wysiadaniem z łodzi! 

Samo pływanie na kajakach było bardzo fajne, tylko trochę krótkie - przepłynęliśmy z wyspy na wyspę, oglądając jaskinie w skałach.

Pełna gotowość do spływu

Tak wyglądaliśmy w kajaku, zdjęcie dostaliśmy w ramach wzajemnego obfotografowywania do sympatycznej ukrainiskiej pary
Na koniec przepłynęliśmy na wyspę, gdzie była blue lagoon. Znowu trzeba było się drapać do góry i znowu było warto. Do samej laguny nie da się dostać, można popatrzeć z góry. Kolor wody jest szmaragdowy, wprost przepiękny. Tak piękny kolor wody widzieliśmy później tylko w Jeziorach Plitvickich w Chorwacji.
Widoczek na Ang Thong z błękitnej laguny

I sama laguna w pełnej okazałości
A tak się trzeba było drapać na górę
Potem poszliśmy troszkę posnorklować przy rafie koralowej. Rafa nie była zbyt spektakularna i nie było mnóstwa kolorowych ryb, ale widzieliśmy to po raz pierwszy w życiu i też było fajnie.
W drodze powrotnej stateczek zatrzymał się na głębszej wodzie i można sobie było poskakać do wody. Tutaj przewodnicy pokazali wszystkim jak się skacze, prześcigając się, który zrobi więcej salt. Później popisywali się jeszcze, pokazując, że można płynąć za statkiem, trzymając się barierki.


Wróciliśmy późnym popołudniem i byliśmy na tyle zmęczeni, że nie poszliśmy na plażę, tylko postanowiliśmy skorzystać z oferty basenowego hotelu.


Dopełnieniem dnia był posiłek w super restauracji przy Chaweng Street. Łatwo ją znaleźć i rozpoznać, po bardzo "niesanepidowym" wyglądzie i tłumie ludzi. Dla nas miejsce znalazło się już tylko w kąciku dziecięcym. Jedzenie oczywiście było super.


Tego wieczoru odkryliśmy najlepszą atrakcję Koh Samui - chiński bazarek, ale jemu musimy poświęcić osobny wpis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz