Skontaktuj się znami

Jeżeli masz jakiekolwiek pytania - po prostu pisz: noninclusive.blogspot@gmail.com

piątek, 21 lutego 2014

Koh Samui - chiński bazarek

Chiński bazarek był niesamowitym odkryciem. Zobaczyliśmy go przypadkiem idąc Chaweng Street. Jest zlokalizowany mniej więcej w środkowej części ulicy, przy budynku Siam Bank. Bazarek jest położony na pustym kawałku placu pomiędzy Chaweng Street a równoległą do niej ulicą. W czasie kiedy tam byliśmy bazarek był otwierany co drugi dzień, w tej chwili podobno jest czynny codziennie. Wiemy, że bazarek jest chiński od właściciela, Chińczyka, od którego dowiedzieliśmy się też, że jesteśmy jednymi z pierwszych szczęśliwców mogących na nim gościć, bo dopiero co się otworzył.

Przy obu wejściach stoją stoiska z ekstremalnie tanimi i dobrymi drinkami. Na jednym końcu przy dźwiękach Reagge można wypić tylko Mojito, za 60 THB - drożej o 10 THB niż na innych ale za to lepsze i mocniejsze + w bonusie naprawdę szalony barman. Na drugim końcu sympatyczny chłopak przyrządzi z uśmiechem wszystko co chcecie za 50 THB. Pomiędzy najważniejszymi elementami bazarku mieszczą się stoiska z jedzeniem na kupony (to znaczy trzeba było kupić kupony i potem wymieniać na stoiskach na jedzenie) i stoliki, przy których od razu można zjeść, sekcja z ubraniami i badziewiem wszelakim i znowu stoiska z jedzeniem, za gotówkę. Przy sekcji z jedzeniem kupowanym za gotówkę stoją kolejne stoiska z alkoholem. Po zamówieniu czegokolwiek do jedzenia czy picia wyczaruje się dla was stolik.

Koh Samui, Tajlandia, chiński bazarek
Centrum kulturalne
Te jasne światła to stoiska z ubraniami. Za nimi są stoiska z jedzeniem na kupony.
Podczas pobytu na Koh Samui stołowaliśmy się tam, kiedy tylko się dało. Na stoiskach "kuponowych" jest głównie jedzenie chińskie i mają tam świetne zupy. Stoiska za gotówkę to wszystko inne, głównie z grilla - kury na patyku (tak ochrzciliśmy kawałki kurczaka na patyku do szaszłyków, kawałki bywają małe, bywają też całe udka, można też zakupić przegryzkę w postaci kurzych łap), owoce morza, brzydkie kiełbachy (coś co przypomina kiełbaskę, a w środku ma makaron sojowy i kawałki mięsa), owoce, warzywa i co tam jeszcze chcecie. Wszystko oczywiście bardzo tanie. Na przykład za 100 THB zjedliśmy trzy szaszłyki (cały wielki talerz) grillowanych przy nas świeżych krewetek. Można było też zjeść szaszłyk z krokodyla. Nie mogliśmy uwierzyć, ale pan kilkukrotnie potwierdzał, że "crocodile ok, ok", więc Rafał się zdecydował. Krokodyl smakował trochę jak kurczak, mięso miało konsystencję coś pomiędzy rybą a mięsem, więc chyba był to rzeczywiście krokodyl. Kolejnym potwierdzeniem było to, że po spożyciu zachował się jak na drapieżnika przystało i próbował rozerwać Rafałowi trzewia :)

Bazarek pokochaliśmy od pierwszego wejrzenia. Atmosfera panująca tam jest niesamowita. Strategia na zmuszenie turysty do wydania pieniędzy też jest bezbłędna - najpierw podlać turystę tanim alkoholem a potem niech idzie kupować. Strategia działa bezbłędnie, przynajmniej na nas :)

Pierwszego wieczoru, kiedy tam trafiliśmy na stoisku z Mojito akurat trwała impreza. Szalony barman był już nieco wstawiony i udzielił Kasi krótkiego instruktażu przyrządzania Mojito, połączonego z tańcami. Oczywiście sam próbował swoich wyrobów, co powodowało, że w każdym kolejnym drinku proporcje zmieniały się na korzyść alkoholu. Kiedy zaczął rozdawać drinki za darmo koledzy ucięli imprezę.


Kurs barmański
I kurs tańca
Na bazarku było też sporo dzieci, które bawiły się bez nadzoru w czasie, kiedy ich rodzice byli zajęci pracą. W ten sposób zapoznaliśmy się z bardzo towarzyską koleżanką.

Koleżanka
Koleżanka była straszną przylepą
Jest też filmik z występów tajskich dzieci. Mieliśmy mieszane uczucia, czy dzieci powinny tak pracować. A Wy jak to oceniacie?


Z bazarkiem wiąże się jedna z najbardziej pijackich historii w naszym życiu.
Siedzieliśmy sobie, kulturalnie spożywając przy stoliku, kiedy dosiadła się do nas para Niemców, Uwe i Kirsten. Zaczęliśmy rozmawiać, i te rozmowy przeciągnęły nam się do bardzo późnych godzin i sporo złotówek utonęło w Mojito. Jako, że siedzieliśmy z Niemcami, nie mogliśmy powstrzymać się od zarzucania im, za każdym razem, kiedy odezwali się po Niemiecku, żeby przestali rozmawiać o wsadzaniu naszych matek do obozu. Żarty, może kiepskie, ale jakoś nas wszystkich śmieszyły. Bazarek w końcu został zamknięty, a my nie mieliśmy dość, więc Rafał powiedział "Jezziemy na dyssskotekę". Odpowiedź brzmiała "Ale jak to"? "No norrmalllnie, ssskutrem". Uwe i Kirsten dali się namówić i pojechaliśmy. Nadal nie wiemy jakim cudem dojechaliśmy w jednym kawałku. Uwe miał ok. 190 cm, Kirsten była niewiele niższa, ale daliśmy radę jakoś dojechać w czwórkę. Mijaliśmy nawet po drodze radiowóz :) Po dojechaniu na miejsce nasza Niemiecka parka szybko się zmyła, być może z nadmiaru wrażeń z jazdy, my też szybko pojechaliśmy do hotelu.

Jeżeli wrócimy kiedyś na Koh Samui, to głównie dla bazarku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz