Hotel First House Samui okazał się, zgodnie z nazwą, leżeć na samym początku plaży. Nie miał również do niej dostępu - trzeba było kawałeczek przejść obok przystani rybackiej. Standard hotelu można by spokojnie ocenić na 4 gwiazdki, co było widać po wystroju pokoi oraz śniadaniu, gdzie był nawet kucharz od omletów (pycha). Hotel kształtem nawiązywał do okrętu, był nawet basen, przyjemnie położony wśród kwiatów. Zawsze musi być jednak jakieś ale... Taniość pokoi wzięła się z tego, że były to pokoje z widokiem na ścianę klimatyzatorów. Nie przeszkadzało by nam to, gdyby nie huczały jak startujący odrzutowiec. Postanowiliśmy więc udać się na plażę, tam wypatrzeć hotel, który nam się spodoba i w nim się rozlokować.
 |
Łodzie rybackie przy plaży
|
 |
Relaks na plaży w kostiumie nabytym od pań w tle
|
 |
| Takiego delikwenta dokwaterowano nam do pokoju. Małe gekony były dosłownie wszędzie. |
Po przejściu się kawałka plażą szybko znaleźliśmy to co nas interesowało - własne leżaki, basen tuż przy plaży, bungalowy położone w ogrodzie. Jednym słowem bajka. Mokrzy prosto z plaży poszliśmy do recepcji. Dowiedzieliśmy się, że standard bungalow, w tylnej części ogrodu kosztuje 1500 THB za dobę. Te które nam się podobały, od plaży, o wiele ładniejsze od standardowych, kosztowały 2700 THB za dobę, czyli zdecydowanie ponad nasz budżet. Miła pani z recepcji powiedziała nam jednak, że mają teraz w internecie promocję na lepsze pokoje w głównym budynku w cenie standard bungalow (regularna cena pokoju - 2100 THB). Od razu poszliśmy do kafejki internetowej. Hotel Nazywa się Seascape Beach Resort i jest położony w na początku Chaweng Street, blisko do życia nocnego, ale bez wyjących pod oknem dyskotek.
Podobno w Tajlandii bardzo często się zdarza, że obsługa informuje, że przy rezerwacji przez internet cena pokoju będzie niższa. Miło nam, że właśnie nam się coś takiego przytrafiło :)
Po załatwieniu sprawy wynajęliśmy skuter i ruszyliśmy na zwiedzanie.
Wypożyczenie skutera kosztuje 150 THB. Nieco ładniejszy model to 200 THB. Wzięliśmy ten gorszy, za to od razu na cały pobyt. Można się nieco zdziwić, bo skutery to 100tki (!) bez prawa jazdy. Rozwijają prędkość około 80 km/h. Gdybyście sobie życzyli, to pełnowymiarowy motocykl też można bez problemu wypożyczyć. Brak prawa jazdy to "no problem".
Po odebraniu kluczyków, stwierdziliśmy, że coś się nie zgadza. Nie dostaliśmy kasków. Kiedy o nie poprosiliśmy, właściciel (stary Niemiec mieszkający tam ze sporo młodszą Tajką) spojrzał na nas ja na idiotów, ale kaski wydał. Po dwóch dniach sami je zwróciliśmy, bo rzeczywiście nikt tam nie jeździ w kasku i wyglądaliśmy jak idioci. Do ruchu lewostronnego przyzwyczailiśmy się dosyć szybko, po tym jak zorientowaliśmy się, że jesteśmy po złej stronie drogi, jadąc na czołówkę z samochodem. Tu ostrzeżenie - ruch lewostronny jest zdradliwy. Przy przechodzeniu przez ulicę - patrzy się najpierw w prawą stronę. Różnica niby niewielka, ale przy przechodzeniu przez Tajską ulicę niezwykle istotna.
Zwiedzaliśmy z darmową mapką, którą dostaliśmy w hotelu. Tego typu darmowe mapki są w większości hoteli w turystycznych miejscach i są świetne. Jest na nich oznaczone wszystko co trzeba i z reguły pozwalają zorientować się w okolicy lepiej niż mapa w przewodniku.
Pierwszym celem była Big Buddha Temple. Dwunastometrowy Budda rzeczywiście robi wrażenie, świątynia ogólnie prezentuje się okazale. Przed świątynią jest bazar z różnymi rzeczami. Kupiliśmy tam całkiem fajne koszulki i obowiązkowe magnesy na lodówkę, przy okazji dokonując obserwacji (po raz kolejny), że Tajowie nie targują się jak Arabowie. Udawało nam się uzyskiwać obniżkę ceny max do 30% a i to jakoś tak bez radości targowania obserwowanej u Arabów.
 |
| Mnich udaje niewiniątko, a tak naprawdę wyrzucił papierosa jak tylko zobaczył, że robimy mu zdjęcie |
 |
| A to chyba najszkaradniejszy grubas w całej Tajlandii |
 |
| Świątynny pies, też niezbyt przejęty, źe w świątyni pewnych rzeczy nie wypada |
 |
| Rzut oka do wnętrza |
 |
| Urny z prochami w murze świątynnym |
 |
| Wspólna fotka na tle świątyni z mistrzem drugiego planu, dzięki uprzejmości rosyjskiej pary w podróży poślubnej, też na skuterze |
Wieczorem załatwiliśmy jeszcze wycieczkę do
Ang Thong Marine Park. Popytaliśmy w kilku agencjach turystycznych, które są właściwie na każdym kroku (przy hotelach i wolnostojące) i wybraliśmy taką, która wydała nam się rozsądna. Koszt całodniowej wycieczki z wliczonym posiłkiem na statku to 3200 THB za dwie osoby. Można znaleźć też nieco taniej i o wiele drożej. Do wyboru, do koloru.
Chcąc przed wycieczką podarować sobie odrobinę luksusu poszliśmy do "lepszej" restauracji przy Chaweng Street (turystycznym deptaku biegnącym wzdłuż plaży). Restauracja miała poziom cen około 2 razy wyższy niż w przeciętnej jadłodajni, a to co nam podano było odwrotnie proporcjonalnie dobre do ceny. Jedzenie było mdłe i zupełnie bez smaku, w dodatku porcje były dwukrotnie mniejsze niż powinny. Musieliśmy więc zaraz potem zajeść to czymś lepszym. Możemy potwierdzić - przewodniki i internet nie kłamią - najlepsze jedzenie jest w największych syfach a nie niby to eleganckich lokalach. Później wyszukiwaliśmy już tylko restauracji, które na wygląd nie przeszłyby kontroli Sanepidu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz