Naszym celem była Lamai Beach. Na obrazkach w internecie wyglądała wprost rajsko, no i miała być mniej turystyczna niż najbardziej znana i największa Chaweng Beach. W busiku okazało się, że w kierunku Lamai Beach jedzie podejrzanie mało osób. Wszyscy wysiedli w okolicach Chaweng, na Lamai jechała z nami tylko jedna dziewczyna, a i tak mam wrażenie, że tylko dlatego, że Kasia wpadła jej w oko.
Pierwsze co zrobiliśmy po dojechaniu na miejsce, to poszliśmy coś zjeść do pierwszej lepszej restauracji. Jedzenie było pyszne, chyba najlepsze jakie jedliśmy w Tajlandii. Niestety restauracja okazała się widmem i później, pomimo usilnych poszukiwań nie byliśmy w stanie jej zlokalizować. To chyba kwestia niewyspania.
Okazało, się Lamai Beach w okresie low-season jest mocno wymarła. Sama plaża jest rzeczywiście piękna (i często tam później zaglądaliśmy), ale stwierdziliśmy, że nie do końca o to nam chodziło. Podjęliśmy decyzję, że następnego dnia zakwaterujemy się na Chaweng a póki co poszukamy sobie noclegu na Lamai Beach. Pomimo low-season ceny bungalowów okazały się niezbyt przyjazne. Ceny zaczynały się od 900 THB za noc i za nic nie chciały przypominać tych opisywanych w przewodnikach. Ostatecznie udało się trafić na bungalowy z wentylatorem za 500 THB za noc, na samym końcu plaży, nad samym oceanem. Bungalow tuż przy oceanie wydaje się rajską i idealną sprawą ale to chyba indywidualna kwestia. Kasia miała problem z szumem oceanu. Okazało się też, że brak klimatyzacji wręcz zabija i wentylator absolutnie nie wystarcza, i do tego strasznie hałasuje. W dodatku kiedy wróciliśmy późno wieczorem z wypadu "w miasto" dostrzegłem uciekającego karalucha długości ok. 5 cm. Dobrze, że Kasia nie widziała bo musiałbym po nocy szukać innego noclegu.
Spacer z kumplem
Rodzinny środek transportu
Wieczorny wypad w miacho, w tle przykład szczerej miłości między Tajką a białym turystą
Pad Thai, tym razem w niezłej wersji. W Tajlandii jemy łyżką i widelcem.
Zakończenie wieczoru w knajpce na plaży
Traumę nocną zrekompensował nam poranny masaż, na stanowisku, które znajdowało się tuż przed naszym domkiem. Było super. Masaż okazał się wszystkim czego oczekiwaliśmy po tajskim masażu, a okoliczności przyrody dopełniły reszty błogostanu. Koszt godzinnego masażu zaczyna się od 250 THB, w zależności od tego, czy ma to być zwykły masaż, z olejkami, antycellulitowy, stóp, głowy, twarzy itd. My najczęściej (a chodziliśmy na masaż praktycznie codziennie) korzystaliśmy z opcji zwykłej, czyli masaż całości.
Widok na Lamai Beach zaraz po przebudzeniu
Kolejny widoczek, tym razem z łódką
Potem w kafejce internetowej zarezerwowaliśmy nocleg na Chaweng Beach w trzygwiazdkowym hotelu Samui First House Hotel z klimatyzacją za 1030 THB za noc. Kierując się zasadą, że rezerwując przez internet nigdy nie wiesz do jakiej nory trafisz, zarezerwowaliśmy na początek 2 noclegi.
W końcu mieliśmy trafić w ludzkie warunki, godne pary w podróży poślubnej. Podróż odbyliśmy bez przygód taksówką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz