Skontaktuj się znami

Jeżeli masz jakiekolwiek pytania - po prostu pisz: noninclusive.blogspot@gmail.com

środa, 26 lutego 2014

Koh Samui - powrót z raju

Nadszedł czas powrotu do Polski. Mieliśmy pojechać dzień przed wyjazdem do Bangkoku, żeby przynajmniej zwiedzić pałac królewski, ale stwierdziliśmy, że zostajemy dzień dłużej w raju. Samolot mieliśmy o 3 w nocy i pani z agencji turystycznej funkcjonującej w lobby naszego hotelu powiedziała, ze wyjeżdżając o ok. 12 w południe katamaranem Lomprayah na pewno będziemy ok. 22 w Bangkoku. super Zjemy coś i pokręcimy się po Khao San Road. Lopmrayah to szybkie katamarany, które nie płyną do Suratthani, ale kilakaset kilometrów dalej, przecinając całą Zatokę Tajlandzką. Potem przesiadka w autokar i Szybciutko jesteśmy w Bangkoku. Koszt przejazdu to 1500 THB za osobę + 200 THB za klimatyzowany busik. Całkiem nieźle.

Na przystani grała jakaś smętna muzyka wpędząjąc nas w totalną depresję z powodu wyjazdu. W końcu przypłynął katamaran.



Płynęliśmy zbierając pasażerów najpierw z Koh Phangan.





A potem z Koh Tao.







Katamaran naprawdę zasuwał, więc Zatokę Tajlandzką przemknęliśmy naprawdę szybko.
W miejscowości w której wysiedliśmy było szaro-buro i ta szaro-burość towarzyszyła nam aż do zmroku.


Autokar był zdecydowanie lepszy niż ten, którym jechaliśmy na Koh Samui. Miał tylko taką wadę, że część, w której siedział kierowca była pancernie odgrodzona od pasażerów. Kiedy ok. 12 w nocy nie byliśmy nadal pośrodku niczego zaczęliśmy się niepokoić,  a nie było kogo zapytać, kiedy dojedziemy. Mieliśmy potężny strach, że nie zdążymy na samolot. Na szczęście ok. 1.30 wylądowaliśmy na Khao San Road. Okazało się więc, że zapewnienia co do czasu przejazdu, można sobie wsadzić w buty.
Szybko złapaliśmy taksówkę. Chciał zaledwie 1000 THB. Zbiliśmy cenę do i tak dwukrotnie zawyżonej stawki 600 THB. Na miejscu kierowca oczywiście usiłował wymusić zapłatę 1000 THB, twierdząc, że nie ma wydać reszty. Po szybkiej rozmianie pieniędzy ruszyliśmy do odprawy. Na szczęście nie było kolejek.
Aerosvit nas nie zawiódł. Lecieliśmy tym samym samolotem z niedziałającymi telewizorami. Oczywiście obsługa znów próbowała wziąć nas głodem.
To nie był koniec atrakcji. Po godzinie lotu w kierunku Warszawy z Kijowa okazało się, że tak naprawdę kołujemy i zrzucamy paliwo, bo jeden z silników miał awarię. Nie wydawali masowo alkoholu, więc chyba nie byliśmy specjalnie zagrożeni :).
Na lotnisku w Kijowie mieliśmy czekać kolejne 5 godzin na samolot, o czym raczono nas łaskawie poinformować po ok. półtorej godziny dopytywania w różnych miejscach, czy ktoś coś wie na temat naszego powrotu. W ramach łaski rzucono też posiłek. Oczywiście godzinę po deklarowanym czasie, czyli właściwie tuż przed naszym wylotem do Warszawy. Przynajmniej było wesoło i nikt z oczekujących nie wsiadł do samolotu trzeźwy.
Przy okazji - lotnisko w Kijowie jest droższe nawet od Okęcia :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz