Po koszmarnej podróży ukraińskimi liniami lotniczymi Aerosvit dolecieliśmy po 8 godzinach z Kijowa do Bangkoku. Podróż była koszmarem, ponieważ:
a) nie mogliśmy spać,
b) nie działały telewizory a nie da się czytać przez 8 godzin !,
c) postanowili nas przegłodzić a jak już podali jedzenie, to było gorsze od żarcia dla psów (nawet tych ukraińskich).
Wy nie będziecie już mieć tego problemu bo Aerosvit upadł.
a) nie mogliśmy spać,
b) nie działały telewizory a nie da się czytać przez 8 godzin !,
c) postanowili nas przegłodzić a jak już podali jedzenie, to było gorsze od żarcia dla psów (nawet tych ukraińskich).
Wy nie będziecie już mieć tego problemu bo Aerosvit upadł.
Na lotnisku w Bangkoku sprawnie przeszliśmy odprawę paszportową i dziarsko ruszyliśmy do wyjścia. Przez przeszklony dach widzieliśmy niebo z jakimiś chmurkami a w dodatku była 3 w nocy, więc spodziewaliśmy się, że w t-shirtach i długich spodniach może być nam nieco za chłodno. To zresztą sugerowała temperatura panująca w hali lotniska. Życie szybko zweryfikowało nasze wyobrażenia. Zaraz jak zamknęły się nami drzwi lotniska przeszliśmy może ze dwa kroki, ugięły się pod nami nogi i straciliśmy wręcz na chwilę oddech. Gorąco połączone z wilgotnością tworzy mieszankę, na którą człowiek, nawet doświadczony temperaturami panującymi na południu Europy ABSOLUTNIE nie jest przygotowany. Szybko wróciliśmy na lotnisko i już przebrani w lżejsze ciuchy podjęliśmy próbę nr. 2.
Tym razem poszło lepiej.
Oganiając się od naganiaczy ("Taxi sir ?"). Udaliśmy się do oficjalnego postoju taksówek, gdzie płaci się 50 THB za możliwość złapania taksówki ale z za to kurs jest po normalnej stawce. My zapłaciliśmy według licznika 350 THB. Naganiacze na hali lotniska startowali od 1000 THB. Później już ani razu nie udało nam się pojechać "na licznik". Kierowcy słysząc "meter" tylko się śmiali i odjeżdżali. Ceny za przejechanie byle jakiego odcinka startowały od 400 THB. Okazało się więc, że porady z internetu, żeby zawsze jechać "meter taxi" można wsadzić w kieszeń.
Z lotniska pojechaliśmy do "mekki backpackerów" czyli Khao San Road. Było juz około 4 rano i Khao San świeciła pustkami. Na ulicy stało już tylko kilka prostytutek szukających ostatnich klientów i samotny sprzedawca jedzenia z wózka. Jedna z prostytutek płci męskiej (na oko Brazylijczyk, Latynos w każdym razie), oczywiście w sukience, podeszła do nas i powiedziała do Rafała "You and me go room". Odpowiedziałem, że jestem z żoną - "No problem, she wait". Grzecznie podziękowałem i poszliśmy dalej. Na mnie nie zrobiło to zdarzenie jakiegoś wielkiego wrażenia ale Kasia zrobiła wielkie oczy i nie docierało do niej, że to się przed chwila stało, zdarzyło się naprawdę.
Byliśmy głodni więc zakupiliśmy od ulicznego sprzedawcy po porcji słynnego Pad Thai za 50 THB za porcję. Tu musimy stwierdzić, że jest to danie zdecydowanie przereklamowane, Tajlandia ma w zanadrzu o wiele lepsze rzeczy.
Zmęczeni weszliśmy do pierwszego podejrzanie wyglądającego hotelu (ok. 500 THB z klimą (!)) i trzeba przyznać, że trafiliśmy na klasycznie filmową norę. Jeśli biegały po nas karaluchy to nie czuliśmy. To chyba najbardziej wyraźny objaw jet-lagu - nie myślisz zbyt wyraźnie i jest ci wszystko jedno. Właśnie to miało mieć wpływ na to się działo dalej w Bangkoku.
Spytacie czy to tajskie więzienie ? Nie to korytarz luksusowego hotelu na Khao San Road.
Tak apartament prezentował się w środku.
Jako że apartament kategorii "luxury", to i widoki takowe. Zwracamy uwagę na kapliczkę na dachu przeciwległego budynku.
To już Khao San Road za dnia. Miejsce prostytutek zajęły tuk-tuki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz